środa, 22 maja 2013

Czas na niemiecką dominację!



Gdy Manchester United odpadł z Ligi Mistrzów powiedziałem, że czeka nas niemiecki finał. Znajomi „pukali się w głowę”, bo przecież na Wembley zagra Real i Barcelona, a to wie nawet najmłodszy kibic futbolu. Jak się okazało – wyszło na moje.

Sobota zbliża się wielkimi krokami. Atmosfera jest napięta, kibice czekają na święto – mimo, że w finale zagrają drużyny z tego samego kraju - z Niemiec. Bayern przeszedł do finału jak walec, rozjeżdżając wszystko, co spotkał na drodze. Jedyny problem sprawił im Arsenal, ale powodem było chyba bardziej zlekceważenie rywala, niż wielka forma podopiecznych Arsena Wengera. Juventus w dwumeczu z bawarskim dream teamem nie miał nic do powiedzenia, a piłkarze Juppa Heynckesa roznieśli „wielką” Barcelonę w proch i pył. 

Borussia miała cięższą przeprawę. Najpierw „grupa śmierci”, w której dortmundczycy byli skazywani na porażkę. Efekt? Pierwsze miejsce w grupie i brak przegranego meczu. O ile dwumecz z Szachtarem był w miarę spokojnie wygrany przez żółto-czarnych, to spotkania z Malagą były horrorem. Ostatnia minuta meczu zmieniła jednak piłkarski świat o 180 stopni. Potyczki z Realem Madryt przejdą do legendy. Kibice Królewskich zdecydowanie lekceważyli rywala. Sam byłem świadkiem, gdy uradowani po meczu Bayernu z Barceloną oznajmiali, „czyli gramy w finale z Niemcami”. Sen szybko się skończył, 4:1, Lewandowski i po zabawie. Co z tego, że Real rozegrał świetne 10 minut rewanżu i strzelił dwie bramki? Real był słabszą drużyną.

Która drużyna podniesie Puchar Europy na Wembley? Odpowiedź w sobotę! / fot. wikipedia.pl


Barcelona w tym sezonie była słaba, w półfinale znalazła się szczęśliwie. Piłkarze Villanovy rozegrali tak naprawdę jeden mecz godny tej starej, wielkiej Blaugrany. W pierwszym meczu z Milanem nie istnieli, dwumecz z PSG wygrali najgłupszą piłkarską zasadą, jaka teraz panuje, czyli bramkami na wyjeździe. Mecze z Bayernem obnażyły ich braki.

Podobnie sprawa ma się z Realem. Królewscy powinni odpaść w dwumeczu z United, bo byli drużyną słabszą. Do niesprawiedliwej kartki dla Naniego to drużyna Fergusona w pełni kontrolowała spotkanie. Dobry mecz Real rozegrał w Madrycie, z Galatasaray. Jeden, bo w drugim Mourinho i spółka niebiosom mogli dziękować, że nie skończyli meczu z bagażem pięciu lub sześciu bramek. Borussia pokazała, że Real jest normalną drużyną, którą można pokonać. 

Tak oto niemiecka sensacja (Borussia) spotka się w finale z niemieckim potentatem (Bayern). Kluby, które przez ostatnie cztery lata biły się o prymat w Bundeslidze, rozegrają na Wembley mecz, który można spokojnie nazwać – nowym Gran Derbi. Postronni kibice nie chcą już oglądać przewracających się o swoje nogi i sfrustrowanych w każdej sekundzie piłkarzy z La Liga. Ludzie nie chcą już oglądać awantur, brutalnych zagrań, podejrzanych sztuczek. To bolesne, – ale tak przez ostatnie parę lat wyglądało hiszpańskie Gran Derbi. To nie były wielkie pojedynki z czasów, gdy w Barcelonie czarował Ronaldinho, a symbolem Realu był Raul

Niemiecka piłka to potęga. Świetnie zarządzane drużyny, przeciwnie niż konkurenci z Anglii, Hiszpanii czy Włoch nie mają długów. Sytuacja finansowa Bayernu jest tak stabilna, że można spokojnie nadchodzący czas nazwać „erą Bawarczyków”. Bayern to hegemon. Borussia nie jest tak mocna (w tym momencie), ale Jurgen Klopp z kilku nieznanych piłkarzy stworzył zespół gwiazd. Łukasz Piszczek, Mats Hummels, Kevin Grosskreutz czy Mario Goetze. To tych zawodników stworzył „zarośnięty trener”. Podobnie sprawa wygląda z największą aktualnie gwiazdą Borussi i jednym z najlepszych piłkarzy na świecie – Robertem Lewandowskim. Cud? Nie, świetne zarządzanie, kapitalnie rozwinięta baza skautingowa i odpowiedni program treningowy. 

W XXI wieku mieliśmy już erę włoską (dominacja Milanu, Interu, Juventusu), angielską (Manchester United, Chelsea, Liverpool) i hiszpańską (Real, Barcelona). Przed nami era niemiecka. Ten finał to nie przypadek. Dlatego usiądźmy wygodnie w fotelach, włączmy telewizory, otwórzmy zimne piwo i cieszmy się – cieszmy się, że w piłce nożnej nadchodzi „nowe”. 

PS Piszę to, jako wielki kibic ligi angielskiej, której zwolennicy cały czas spierają się czy lepsza jest Premier League, czy La Liga. W tym przypadku odpowiednim twierdzeniem jest „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”.



Mam teatr i daję go aktorom


Rozmowa z Czesławem Langiem o Tour de Pologne, polskim kolarstwie i aferze dopingowej z Lancem Armstrongiem w tle

Jak idą przygotowania do tegorocznego Tour de Pologne?
Tour de Pologne to potężne przedsięwzięcie logistyczne. Będzie to jubileuszowy, bo 70 już wyścig. Po raz pierwszy dwa etapy będą rozgrywane we Włoszech, w kurorcie Trentino. Włoska część touru zakończy się na Passo Pordoi – sercu Dolomitów, wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Warte podkreślenia jest to, że nasz narodowy wyścig będzie rozgrywany na najpiękniejszych trasach kolarskich świata. 

Istnieje szansa, że tak jak kiedyś Tour zawita do Torunia i okolic?
Jestem po rozmowach z panem prezydentem Zaleskim i muszę przyznać, że jest szansa, aby wyścig zawitał do Torunia. Bardzo możliwe, że stanie się to już w 2014 roku.

Wyścig to ogromna reklama dla kraju i każdego z miast, w których gości.
Tak, Tour de Pologne, czyli wyścig dookoła Polski pokazuje najpiękniejsze zakątki kraju, wszystkie miejsca godne zobaczenia, które mogą odwiedzić turyści z całego świata. Staramy się, żeby cała otoczka wyścigu wypadała bardzo okazale.

Tour jest bardzo popularny w Europie.
Zdecydowanie. Tour de Pologne to już produkt, który posiada bardzo dobrą markę w europejskim kolarstwie. Z każdym rokiem kibiców na trasach przybywa a zainteresowanie fanów z całej Europy jest ogromne. Cieszę się, że mamy wyścig na światowym poziomie. Jest to wynagrodzenie za ogromną pracę, jaką wykonujemy.

Wytypuje Pan faworytów wyścigu?
Takich zawodników będzie wielu. Lista startowa jest obsadzona bardzo mocno, zawodnicy, którzy jadą w naszych zawodach uczestniczą również w Giro d’Italia i Vuelta Espana. Już samo to, świadczy o tym, że stawka, jaka wystartuje w jubileuszowym wyścigu będzie bardzo mocna i wyrównana. Moim zdaniem ciężko jest wytypować kolarzy, którzy będą w czołowej dziesiątce wyścigu.

Czesław Lang/ fot. wikipedia.pl

Czy nasi kolarze dostosują się do poziomu Touru?
Zawszę powtarzam, że ja mam teatr i daję go aktorom. Mam nadzieję, że nasi kolarze wykorzystają scenę jak najlepiej. Cieszy mnie to, że w naszym kolarstwie coś się ruszyło. Mamy młodych, zdolnych zawodników takich jak Michał Gołaś czy Michał Kwiatkowski, który rok temu zajął w TdP fantastyczne, drugie miejsce. Wierzę w to, że polscy zawodnicy ciężką pracą i talentem, który niewątpliwie posiadają osiągną sukces i dołączą do światowej czołówki. Chciałbym jednak, żeby zdobywali trofea bez pomocy lekarzy i dopingu. 

Wielu ludzi twierdzi, że afera dopingowa to koniec kolarstwa.
Ja twierdzę przeciwnie, moim zdaniem przyszedł czas na oczyszczenie środowiska i będzie to początek nowego, czystego kolarstwa. Jest to czas na rachunek sumienia i wyeliminowanie tych ludzi, którzy zatruwali ten piękny sport. Sądzę, że w tym nowym i wolnym od dopingu kolarstwie będzie również miejsce dla naszych reprezentantów.

Oczyszczenie to dyskwalifikacja wszystkich starszych zawodników? Lance Armstrong twierdzi, że w czasach jego dominacji wszyscy kolarze „brali”. 
Armstrong próbuje się usprawiedliwić. Jego linia obrony to twierdzenie, że brał, dlatego bo brał każdy. Jest to moim zdaniem nieprawda i ja w to nie wierzę. Trzeba zaznaczyć, że nie każdy zawodnik miał dostęp do dopingu. Środki, jakie używali niektórzy zawodnicy były bardzo drogie i ciężko dostępne. Sprawa Armstronga pokazuje raczej jak źle działają instytucje, które szukają dopingu.

Uważa Pan, że pieniądze na walkę z dopingiem zostały zmarnowane?
Zdecydowanie tak. Przykład Lance Armstronga pokazuje to idealnie. Amerykanin nigdy nie został złapany na dopingu. Gdybyśmy nie poznali zeznań świadków a sam Armstrong by się nie przyznał, wszystkie oskarżenia traktowano by tylko jak domysły. Jeżeli na sprawdzanie próbek przeznaczane są ogromne pieniądze to albo ktoś źle te próbki sprawdza albo po prostu ich nie kontroluje. Gdyby organizacje walczące z dopingiem wykryły niedozwolone środki w próbkach Armstronga, to całego zamieszania by nie było, bo zostałby on zdyskwalifikowany już po pierwszym Tour de France. Armstrong bronił się, że jego próbki były czyste. Jeżeli były czyste to można twierdzić, że nie brał on dopingu – podobnie jest z jazdą samochodem pod wpływem alkoholu. 

Niby się bada, ale się nie znajduje.
Dokładnie. Wszystko to jest dowodem na ogromną obłudę w światowych organizacjach. Aktualnie polega to na tym, że każdy tylko się domyśla, na podstawie plotek albo zeznań świadków. Ostatecznym potwierdzeniem dopingu jest przyznanie się podejrzanego do winy. Nie powinno tak być.
Istnieje dobre rozwiązanie na walkę z dopingiem?
Są dwie drogi – albo zaczniemy poważnie podchodzić do walki z niedozwolonymi środkami albo pozwólmy na całkowitą wolność. Cała sprawa nie dotyczy tylko kolarstwa, doping od lat dotyka cały światowy sport. Walka z dopingiem polega na tym, żeby każdy zawodnik miał równe szanse. Możemy zacząć odpowiednio badać zawodników i próbki tak, żeby nikt nie miał szans na stosowanie dopingu, albo powinno się pozwolić na doping każdemu, w myśl zasady – jeżeli wolno tobie to wolno i mi.

Wróćmy jeszcze do polskich kolarzy. Świetną dyspozycją w tegorocznym Giro’d’Italia popisuje się Przemysław Niemiec. Polak walczy o zwycięstwo w wielkim tourze.  Czy to oznacza, że wychodzimy z tego „kolarskiego marazmu”?
Jestem bardzo szczęśliwy, że doczekaliśmy się takich sukcesów w kolarstwie. Tak jak mówiłem, mamy wyścig, który jest zaliczany do kolarskiej ligi mistrzów. Fantastycznie, że nasi kolarze również zaczynają odgrywać bardzo ważną rolę w tej kolarskiej lidze mistrzów, to bardzo ważne. To są młodzi ludzie, którzy zaczynają walczyć. Kto wie, może to pokłosie tej walki z dopingiem? Polacy wykorzystują to wszystko w bardzo dobry sposób, starają się gonić za światową czołówką. Nie jesteśmy gorsi od innych nacji. Moim zdaniem rok 2013 to rok przełomowy, zarówno dla światowego jak i polskiego kolarstwa. Jeżeli chodzi o samego Przemka, to jest to już – mimo młodego wieku – bardzo doświadczony zawodnik, który od paru lat ściga się we Włoszech. Może nie startował w wielkich tourach, ale był kapitanem w tych mniejszych wyścigach i zbierał tam doświadczenie. Pokazuje, że umie wygrywać, ma mentalność zwycięzcy. To co się teraz dzieje, to pokłosie tego co zrobił. 

Czy Polak ma szanse na wygranie Giro?
Jest dwóch zawodników z grupy Lampre i Przemek. Do tego spora czołówka. Z pewnością będą próbowali odskakiwać, uciekać. Moim zdaniem między nimi rozstrzygnie się walka o wygraną. W tym wszystkim dużo może ugrać Rafał Majka, który również świetnie prezentuje się w tegorocznym tourze.

środa, 3 kwietnia 2013

O sędziach słów kilka



Gdy nasza drużyna przegrywa mecz, najczęściej winny jest sędzia. Twierdzenie to jest bardzo popularne wśród kibiców drużyn na całym świecie i sprawdza się nadzwyczaj często. Zwykle arbiter obwiniany jest bezpodstawnie, ale ostatnie wydarzenia w Lidze Mistrzów pokazują, że nie wszyscy sędziowie nadają się na „piłkarskiego rozjemcę”.

Wczorajszy mecz PSG z Barceloną to komedia w wykonaniu sędziów. Nie mówię o wątpliwym rzucie karnym (mógł być, nie mógł być – tyle opinii ilu kibiców) ale o pozycji spalonej przy bramce dla PSG. Otóż genialny bądź co bądź Zlatan Ibrahimovic stał na metrowym ofsajdzie pakując piłkę do siatki. Co z tego, że obserwowało go dwóch sędziów? Nic!  Brak reakcji, gol zaliczony.

Zlatan Ibrahimovic strzelający bramkę ze spalonego/ fot. rtve.es


Sepp Blatter oraz Michel Platini non-stop wmawiają, że elektroniczne powtórki, zwiększenie liczby sędziów czy piłka z chipem poprawią jakość sędziowania i usprawnią przeprowadzanie spotkań. Niektóre spotkania pokazują, że to bzdura. Co z tego, że sędzia będzie mógł sprawdzić decyzję na powtórce, albo będzie miał dziesięciu pomocników, skoro nie potrafi „gwizdnąć” w elementarnych sprawach? 

Wczorajszy mecz to przykład, że nie brak techniki i liczba sędziów jest przyczyną błędnych decyzji boiskowych rozjemców. Kuleją szkolenia arbitrów i przepisy. Tu muszę się odnieść do meczu Realu Madryt i Manchesteru United. Niejasne przepisy i zła interpretacja arbitra spowodowały, że wielkie piłkarskie święto zamieniło się w wątpliwej klasy kabaret. Oczywiście, światowe władze stoją murem za swoimi arbitrami, broniąc ich w każdej sytuacji.

Pojawia się więc pytanie – czy człowiek, który zarabia pokaźne pieniądze (to nie jest polska liga, gdzie sędziowie po spotkaniach muszą biec do pracy na drugą zmianę) ma prawo do tak irracjonalnych błędów? Oczywiście, że ma – ale nie za często. Niektórych arbitrów będziemy kojarzyć z nagminnych pomyłek i to się raczej nie zmieni.  Można powiedzieć, że arbiter ma gorszy dzień. Ok, zgoda. Tylko wyobraźmy sobie, że w naszej pracy zawalamy bardzo ważne zadanie bo mamy „gorszy dzień”. Czy szef broni nas po takim uczynku? Raczej nie…

Światowe organizacje piłkarskie ciągle pokazują, że przypisywanie im mafijnego charakteru i zamkniętych grup wzajemnej adoracji nie do końca mija się z prawdą. Nagminne wspieranie złych arbitrów, podejrzane decyzje czy ogromne pieniądze nie sprzyjają rozwojowi tak pięknego sportu jak piłka nożna. Bo jak można ufać organizacji, która prawdopodobnie ustawia losowanie? Jak można ufać federacji, która prawdopodobnie oddała organizację Mundialu za wielkie pieniądze? 

Odpowiedź jest jednoznaczna - nie można. 

Źródła:

http://www.goal.com/en/news/1717/editorial/2013/04/10/3890356/now-i-understand-mourinho-ibrahimovics-enemy-set-to-referee,

http://www.marca.com/2013/03/26/en/football/barcelona/1364323315.html

środa, 27 marca 2013

Spalony to może być kotlet!


Skoczkowie zakończyli sezon, piłkarze polegli z Ukrainą (o „wygranej” z San Marino nie wspomnę, bo nie ma o czym), a Robert Kubica rozbił kolejny samochód. Dzieje się! Już niedługo kolejna część telenoweli pt. Liga Mistrzów i miliony mężczyzn zasiądą przed telewizorami, aby obejrzeć Borussię Dortmund i naszą „polską trójcę”, Real Madryt czy pojedynek Zlatana Ibrahimovicia z FC Barceloną. No właśnie, czy tylko płeć męska włączy odpowiedni kanał i klnąc na sędziego przed telewizorem będzie kibicować ulubionej drużynie? Choć wielu uważa, że sport jest dziedziną życia zarezerwowaną wyłącznie dla mężczyzn, to niektóre kobiety sprawnie zadają temu kłam. Jak z punktu widzenia kobiety wygląda sport wyjaśniła mi Monika Olender, studentka dziennikarstwa. 

Jesteś feministką?
Sądzę, że każda kobieta w mniejszym albo większym stopniu jest feministką. Ale na pewno nie jestem bezlitosną kobietą bez serca. 

Pytam, bo jedna z czołowych polskich feministek powiedziała, że Euro 2012 było archetypem zapłodnienia, a piłka nożna to samcza rozrywka dla pijących piwo facetów. Zgodzisz się z tym?
Uważam, że sport nie jest tylko dla samców, którzy siedzą na kanapie i piją piwo. I na litość boską, ja nie widzę związku między sportem a piwem. Oczywiście – w naszej świadomości istnieje stereotyp faceta z wielkim brzuchem, oglądającego mecze z kumplami. To, że sport kojarzy nam się tylko z mężczyznami wynika również z pewnych uwarunkowań kulturowych. Zupełnie się jednak z tym nie zgadzam. Sama bardzo lubię oglądać wydarzenia sportowe. Kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, to zawsze z tatą oglądałam skoki narciarskie. W czasie trwania wspomnianych Mistrzostw Europy z wielkim zapałem kibicowałam polskiej reprezentacji. Przy okazji każdego ważniejszego meczu, wychodziłam ze swoim chłopakiem i jego kolegami do baru. Nie piłam wprawdzie piwa (śmiech), ale świetnie się bawiłam oglądając spotkania Euro. Od meczu Polska-Rosja jestem nawet wielką fanką Jakuba Błaszczykowskiego. 

Jednak nie tylko radykalne feministki uważają, że kobieta oglądająca mecz to coś nienormalnego. Takie zdanie podziela wielu mężczyzn. 
Nie wiem, z czego to wynika.  Każdy mężczyzna chciałby mieć przy sobie kobietę, która dzieliłaby z nim jego pasję i oglądała wydarzenia sportowe. Z drugiej strony rola kobiety polega również na doniesieniu piwa i paluszków dla swojego faceta, kiedy ten wraz z kolegami kibicuje ulubionej drużynie. Każda kobieta powinna zrozumieć to, że mężczyzna lubi obejrzeć mecz, nawet z kolegami w barze. Oczywiście, wszystko z pewnym umiarem. 

 Każdy mężczyzna chciałby mieć przy sobie kobietę, która dzieliłaby z nim jego pasję i oglądała wydarzenia sportowe - mówi Monika Olender, studentka dziennikarstwa. / fot. archiwum prywatne
Tak jak kobiety lubią chodzić na zakupy?
Dokładnie. Kobiety uwielbiają chodzić po galeriach i poświęcają na to całe dnie. Prawem kobiety jest wypad na zakupy, a prawem mężczyzny oglądanie Mistrzostw Europy w piłce nożnej czy Igrzysk Olimpijskich. 

Skąd takie podejście?
Zdrowe podejście córeczki mojego tatusia, a jednocześnie największego kibica, jakiego znam. 

Zostawmy sprawę oglądania wydarzeń sportowych i przejdźmy do aktywnej formy uprawiania sportu. Jak odbierasz kobiecy sport? Co sądzisz o kobietach, które osiągają w tej dziedzinie sukces?
Pod tym względem jestem zdecydowaną feministką. Sport to dziedzina, która powinna być dostępna zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Niektórzy mężczyźni zawodowo gotują, a niektóre kobiety zawodowo uprawiają sport. Mężczyźni nie mają monopolu na sport, a kobiety na gotowanie. Znam nawet wielu facetów, którzy lepiej gotują od kobiet. Moim zdaniem nie ma w tym nic złego i nadzwyczajnego. 

Nie sądzisz jednak, że kobiety biegające za piłką albo grające w rugby to trochę uwłaczanie kobiecości?
Sama lubiłam kopać piłkę. Nie wychodziło mi to jednak za dobrze, więc stanęłam na bramce (śmiech). Nie, nie uważam żeby ta sprawa była uwłaczeniem kobiecości. Prawdziwa kobieta powinna wiedzieć, kiedy założyć szpilki, a kiedy trampki. Każdy mężczyzna, który uważa inaczej poddaje się stereotypom. 

Próbowałaś swoich sił w sporcie?
Pomijając moją wielką słabość do sportów zimowych, to kiedyś próbowałam swoich sił w koszykówce. Miałam też okres, w którym prawie codziennie grałam w tenisa ziemnego, ale nie uważam się za wielki sportowy talent. Zawsze wolałam przeczytać dobrą książkę lub pójść do kina. Gdybym miała jednak wybrać jedną dyscyplinę, w której umiem coś zrobić i nie zabiłabym się na parkiecie, to zdecydowanie byłaby to koszykówka. Odpada siatkówka, bo tam trzeba serwować…

Można powiedzieć, że znasz się na sporcie? 
Myślę, że nie. To, że oglądam mecze w telewizji lub na trybunach, nie oznacza przecież, że znam się na sporcie. Mam wiele koleżanek, które znają się na sporcie dużo lepiej niż ja. Nie będę ukrywała, że jako kobieta mam słabość do sportowców. Ale z określeniem, który z nich reprezentuje jaką drużynę, mogłabym mieć problem. Lubię również rywalizację. Myślę, że warto wiedzieć coś o wszystkim i na pewno wymaga tego również moja praca. 

Co to jest spalony?
Spalony to może być kotlet. Poprawnym określeniem jest pozycja spalona, nie wiedziałeś o tym? (śmiech)

Skąd u kobiet wynika słabość do sportowców?
Sport, który opiera się na rywalizacji powoduje, że każdy sportowiec poradzi sobie w ekstremalnej sytuacji, która go zaskoczy. Nie wyobrażam sobie, żeby mój mąż nie uprawiał żadnego sportu, leżąc na kanapie i notorycznie pijąc piwo. Nie chodzi tu o względy zdrowotne i estetyczne, ale o psychikę. 

Uważasz, że sport rozwija zarówno ciało i umysł?
Przede wszystkim uczy życia. Kobieta przy swoim boku chce zaradnego i silnego mężczyzny, który potrafi poradzić sobie w różnych sytuacjach życiowych. Sport pozwala rozwinąć taką umiejętność. 

Co myślisz o odwrotnej sytuacji? Mężczyźni często biorą za żony sportsmenki, które nie są uważane za urodziwe kobiety.
Jest to tylko częściowa prawda. To, że sportsmenki są brzydkie, jest kolejnym stereotypem. Dla mnie symbolem kobiety uprawiającej sport jest Agata Mróz. Była piękną kobietą i świetną siatkarką. Umiała podjąć bardzo trudną decyzję, która kosztowała ją życie a mimo wszystko nie żałowała tego. Moim zdaniem tego właśnie uczy sport. Możliwe, że gdyby Agata Mróz nie uprawiała sportu, wybrałaby inną drogę. Sport uczy odwagi i dodaje sił, a to była bardzo odważna decyzja. 

A kobiety w sportach walki? Kobiety kojarzone są z delikatnością, ring z brutalnością…
Kobiety są delikatne i wrażliwe. Każda ma jednak coś z wojowniczki. W przypadku boksu, karate czy muai thai większą rolę odgrywa chyba właśnie charakter, a dopiero później kondycja fizyczna. Przyjęło się także przekonanie, że są to typowo męskie sporty. Wydaje mi się, że ten podział uwarunkowany jest kulturowo. Po pierwsze, kobiecie nie wypada okazywać agresji. Po drugie, kobieta jest bezbronna i ma bronić jej silny mężczyzna u boku. Takie stereotypy nadal funkcjonują w świadomości wielu osób. Myślę jednak, że sporty walki są zarezerwowane dla kobiet silnych, pragnących podkreślić swoją niezależność. 





Dariusz W. powraca!


W polskiej piłce nastały nowe czasy. Prezesem krajowej federacji został powszechnie lubiany Zbigniew Boniek, nasi piłkarze regularnie grają w klubach, a nawet (jak pokazuje znany przykład Borussi „Polonii” Dortmund) odgrywają tam kluczowe role. Kluby ekstraklasy grają na ładnych i nowoczesnych stadionach a wśród kibiców coraz mniej popularna jest nieoficjalny stadionowy hymn, intonowany na każdym ligowym i reprezentacyjnym spotkaniu - „Jebać jebać PZPN”.

Dariusz "W." Wdowczyk/ fot. wiadomosci.gazeta.pl

W tej nowej rzeczywistości nie ma już miejsca na korupcję, błędy sędziów i kontrowersje. Niestety, nie wszystko jest tak utopijne jak być powinno. Jednym wielkim błędem jest ostatnio osoba Roberta Małka. Ligowy rozjemca, który notabene jest policjantem, ostatnio nie popisał się w paru ligowych spotkaniach, a na dodatek w czasie meczu Pucharu Polski wzbudził kontrowersje swoim zachowaniem, uderzając i popychając (bądź dotykając, zależy od strony konfliktu) piłkarza. Małek nie będzie dobrze wspominał potyczki Śląska i Floty. 

W nową rzeczywistość nie wpisuje się również decyzja władz Pogoni Szczecin. Otóż nowym szkoleniowcem „portowców” został znany i (nie)lubiany Dariusz „W” Wdowczyk. Skazany prawomocnym wyrokiem za korupcję trener miał nigdy nie wrócić na ligowe boiska. Jak się okazuje – rany szybko się zabliźniły i popularny Wdowiec wraca na ławkę. 

Od razu narzuca się, więc bardzo proste pytanie – czy Dariusz Wdowczyk powinien dostać kolejną szansę? Zwolennicy odpowiedzi twierdzącej przytoczą przykład Łukasza Piszczka. Gwiazdor wspomnianej Borussi w wieku 18 lat dołożył się do „kupienia” meczu. Teoretycznie Piszczu nie powinien nigdy wybiec już na boisko, ale czy można go obarczać za błędy młodości?
Z Wdowczykiem sytuacja jest jednak inna – nie był on młodym i niedoświadczonym szkoleniowcem, sterował drużyną (Piszczek nie wytrzymał presji szatni), a nawet był pomysłodawcą zakupienia paru spotkań. 

Czy Wdowczyk powinien dostać drugą szansę? To pytanie zostawiam bez odpowiedzi…