Gdy Manchester United odpadł z Ligi Mistrzów powiedziałem, że czeka nas
niemiecki finał. Znajomi „pukali się w głowę”, bo przecież na Wembley zagra
Real i Barcelona, a to wie nawet najmłodszy kibic futbolu. Jak się okazało – wyszło
na moje.
Sobota zbliża się wielkimi krokami.
Atmosfera jest napięta, kibice czekają na święto – mimo, że w finale zagrają
drużyny z tego samego kraju - z Niemiec. Bayern przeszedł do finału jak walec,
rozjeżdżając wszystko, co spotkał na drodze. Jedyny problem sprawił im Arsenal,
ale powodem było chyba bardziej zlekceważenie rywala, niż wielka forma
podopiecznych Arsena Wengera. Juventus w dwumeczu z bawarskim dream teamem nie
miał nic do powiedzenia, a piłkarze Juppa Heynckesa roznieśli „wielką” Barcelonę
w proch i pył.
Borussia miała cięższą przeprawę.
Najpierw „grupa śmierci”, w której dortmundczycy byli skazywani na porażkę.
Efekt? Pierwsze miejsce w grupie i brak przegranego meczu. O ile dwumecz z
Szachtarem był w miarę spokojnie wygrany przez żółto-czarnych, to spotkania z
Malagą były horrorem. Ostatnia minuta meczu zmieniła jednak piłkarski świat o
180 stopni. Potyczki z Realem Madryt przejdą do legendy. Kibice Królewskich
zdecydowanie lekceważyli rywala. Sam byłem świadkiem, gdy uradowani po meczu
Bayernu z Barceloną oznajmiali, „czyli gramy w finale z Niemcami”. Sen szybko
się skończył, 4:1, Lewandowski i po zabawie. Co z tego, że Real rozegrał
świetne 10 minut rewanżu i strzelił dwie bramki? Real był słabszą drużyną.
![]() |
| Która drużyna podniesie Puchar Europy na Wembley? Odpowiedź w sobotę! / fot. wikipedia.pl |
Barcelona w tym sezonie była słaba,
w półfinale znalazła się szczęśliwie. Piłkarze Villanovy rozegrali tak naprawdę
jeden mecz godny tej starej, wielkiej Blaugrany. W pierwszym meczu z Milanem
nie istnieli, dwumecz z PSG wygrali najgłupszą piłkarską zasadą, jaka teraz panuje,
czyli bramkami na wyjeździe. Mecze z Bayernem obnażyły ich braki.
Podobnie sprawa ma się z Realem.
Królewscy powinni odpaść w dwumeczu z United, bo byli drużyną słabszą. Do
niesprawiedliwej kartki dla Naniego to drużyna Fergusona w pełni kontrolowała
spotkanie. Dobry mecz Real rozegrał w Madrycie, z Galatasaray. Jeden, bo w
drugim Mourinho i spółka niebiosom mogli dziękować, że nie skończyli meczu z
bagażem pięciu lub sześciu bramek. Borussia pokazała, że Real jest normalną
drużyną, którą można pokonać.
Tak oto niemiecka sensacja
(Borussia) spotka się w finale z niemieckim potentatem (Bayern). Kluby, które
przez ostatnie cztery lata biły się o prymat w Bundeslidze, rozegrają na
Wembley mecz, który można spokojnie nazwać – nowym Gran Derbi. Postronni kibice
nie chcą już oglądać przewracających się o swoje nogi i sfrustrowanych w każdej
sekundzie piłkarzy z La Liga. Ludzie nie chcą już oglądać awantur, brutalnych
zagrań, podejrzanych sztuczek. To bolesne, – ale tak przez ostatnie parę lat
wyglądało hiszpańskie Gran Derbi. To nie były wielkie pojedynki z czasów, gdy w
Barcelonie czarował Ronaldinho, a symbolem Realu był Raul.
Niemiecka piłka to potęga. Świetnie
zarządzane drużyny, przeciwnie niż konkurenci z Anglii, Hiszpanii czy Włoch nie
mają długów. Sytuacja finansowa Bayernu jest tak stabilna, że można spokojnie
nadchodzący czas nazwać „erą Bawarczyków”. Bayern to hegemon. Borussia nie jest
tak mocna (w tym momencie), ale Jurgen Klopp z kilku nieznanych piłkarzy
stworzył zespół gwiazd. Łukasz Piszczek, Mats Hummels, Kevin Grosskreutz czy
Mario Goetze. To tych zawodników stworzył „zarośnięty trener”. Podobnie sprawa
wygląda z największą aktualnie gwiazdą Borussi i jednym z najlepszych piłkarzy
na świecie – Robertem Lewandowskim. Cud? Nie, świetne zarządzanie, kapitalnie
rozwinięta baza skautingowa i odpowiedni program treningowy.
W XXI wieku mieliśmy już erę włoską
(dominacja Milanu, Interu, Juventusu), angielską (Manchester United, Chelsea,
Liverpool) i hiszpańską (Real, Barcelona). Przed nami era niemiecka. Ten finał
to nie przypadek. Dlatego usiądźmy wygodnie w fotelach, włączmy telewizory,
otwórzmy zimne piwo i cieszmy się – cieszmy się, że w piłce nożnej nadchodzi
„nowe”.
PS Piszę to, jako wielki kibic ligi
angielskiej, której zwolennicy cały czas spierają się czy lepsza jest Premier
League, czy La Liga. W tym przypadku odpowiednim twierdzeniem jest „gdzie dwóch
się bije, tam trzeci korzysta”.




