środa, 22 maja 2013

Czas na niemiecką dominację!



Gdy Manchester United odpadł z Ligi Mistrzów powiedziałem, że czeka nas niemiecki finał. Znajomi „pukali się w głowę”, bo przecież na Wembley zagra Real i Barcelona, a to wie nawet najmłodszy kibic futbolu. Jak się okazało – wyszło na moje.

Sobota zbliża się wielkimi krokami. Atmosfera jest napięta, kibice czekają na święto – mimo, że w finale zagrają drużyny z tego samego kraju - z Niemiec. Bayern przeszedł do finału jak walec, rozjeżdżając wszystko, co spotkał na drodze. Jedyny problem sprawił im Arsenal, ale powodem było chyba bardziej zlekceważenie rywala, niż wielka forma podopiecznych Arsena Wengera. Juventus w dwumeczu z bawarskim dream teamem nie miał nic do powiedzenia, a piłkarze Juppa Heynckesa roznieśli „wielką” Barcelonę w proch i pył. 

Borussia miała cięższą przeprawę. Najpierw „grupa śmierci”, w której dortmundczycy byli skazywani na porażkę. Efekt? Pierwsze miejsce w grupie i brak przegranego meczu. O ile dwumecz z Szachtarem był w miarę spokojnie wygrany przez żółto-czarnych, to spotkania z Malagą były horrorem. Ostatnia minuta meczu zmieniła jednak piłkarski świat o 180 stopni. Potyczki z Realem Madryt przejdą do legendy. Kibice Królewskich zdecydowanie lekceważyli rywala. Sam byłem świadkiem, gdy uradowani po meczu Bayernu z Barceloną oznajmiali, „czyli gramy w finale z Niemcami”. Sen szybko się skończył, 4:1, Lewandowski i po zabawie. Co z tego, że Real rozegrał świetne 10 minut rewanżu i strzelił dwie bramki? Real był słabszą drużyną.

Która drużyna podniesie Puchar Europy na Wembley? Odpowiedź w sobotę! / fot. wikipedia.pl


Barcelona w tym sezonie była słaba, w półfinale znalazła się szczęśliwie. Piłkarze Villanovy rozegrali tak naprawdę jeden mecz godny tej starej, wielkiej Blaugrany. W pierwszym meczu z Milanem nie istnieli, dwumecz z PSG wygrali najgłupszą piłkarską zasadą, jaka teraz panuje, czyli bramkami na wyjeździe. Mecze z Bayernem obnażyły ich braki.

Podobnie sprawa ma się z Realem. Królewscy powinni odpaść w dwumeczu z United, bo byli drużyną słabszą. Do niesprawiedliwej kartki dla Naniego to drużyna Fergusona w pełni kontrolowała spotkanie. Dobry mecz Real rozegrał w Madrycie, z Galatasaray. Jeden, bo w drugim Mourinho i spółka niebiosom mogli dziękować, że nie skończyli meczu z bagażem pięciu lub sześciu bramek. Borussia pokazała, że Real jest normalną drużyną, którą można pokonać. 

Tak oto niemiecka sensacja (Borussia) spotka się w finale z niemieckim potentatem (Bayern). Kluby, które przez ostatnie cztery lata biły się o prymat w Bundeslidze, rozegrają na Wembley mecz, który można spokojnie nazwać – nowym Gran Derbi. Postronni kibice nie chcą już oglądać przewracających się o swoje nogi i sfrustrowanych w każdej sekundzie piłkarzy z La Liga. Ludzie nie chcą już oglądać awantur, brutalnych zagrań, podejrzanych sztuczek. To bolesne, – ale tak przez ostatnie parę lat wyglądało hiszpańskie Gran Derbi. To nie były wielkie pojedynki z czasów, gdy w Barcelonie czarował Ronaldinho, a symbolem Realu był Raul

Niemiecka piłka to potęga. Świetnie zarządzane drużyny, przeciwnie niż konkurenci z Anglii, Hiszpanii czy Włoch nie mają długów. Sytuacja finansowa Bayernu jest tak stabilna, że można spokojnie nadchodzący czas nazwać „erą Bawarczyków”. Bayern to hegemon. Borussia nie jest tak mocna (w tym momencie), ale Jurgen Klopp z kilku nieznanych piłkarzy stworzył zespół gwiazd. Łukasz Piszczek, Mats Hummels, Kevin Grosskreutz czy Mario Goetze. To tych zawodników stworzył „zarośnięty trener”. Podobnie sprawa wygląda z największą aktualnie gwiazdą Borussi i jednym z najlepszych piłkarzy na świecie – Robertem Lewandowskim. Cud? Nie, świetne zarządzanie, kapitalnie rozwinięta baza skautingowa i odpowiedni program treningowy. 

W XXI wieku mieliśmy już erę włoską (dominacja Milanu, Interu, Juventusu), angielską (Manchester United, Chelsea, Liverpool) i hiszpańską (Real, Barcelona). Przed nami era niemiecka. Ten finał to nie przypadek. Dlatego usiądźmy wygodnie w fotelach, włączmy telewizory, otwórzmy zimne piwo i cieszmy się – cieszmy się, że w piłce nożnej nadchodzi „nowe”. 

PS Piszę to, jako wielki kibic ligi angielskiej, której zwolennicy cały czas spierają się czy lepsza jest Premier League, czy La Liga. W tym przypadku odpowiednim twierdzeniem jest „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz